U Króla Kazimierza za miedzą

Na początku długo zarzekałam się, że ja to teraz tylko na działkę, że strach gdzieś dalej, że maleństwo, że nieprzespane noce. I wtedy przyszedł… kwiecień, a wraz z nim prawdziwie letnia pogoda. Mimo woli moje nogi zaczęły nerwowo przebierać, a w głowie co i rusz to pojawiała się myśl, żeby jednak wykorzystać zbliżający się, rekordowo długi weekend majowy i wyruszyć z Pszczółką w Pierwszą Prawdziwą Podróż.

Orientuj się!

Jak wiadomo, początek kwietnia to kiepski pomysł na szukanie noclegów na majówkę. Spóźniony średnio 2-3 miesiące, jeśli chce się jechać w jakieś względnie oblegane miejsce. A ponieważ Mój Małżonek jest chronicznie uzależniony od dwóch kółek, a wybieraliśmy się ze znajomymi równie (pozytywnie) zakręconymi jak i my (i też z maleństwem), padło na okolice Puław, gdzie 1 maja miała mieć miejsce impreza pod hasłem maraton rowerowy. Ponieważ popularny serwis rezerwacyjny oferował w okolicy noclegi za równowartość góry złota, kazałam mu iść do diabła i skorzystałam z dobrodziejstwa innego popularnego serwisu, tego z mapami i nawigacją. Tam przez szukaj -> noclegi -> szukaj w tym obszarze, znalazłam agroturystykę Dom Na Kamykach w Wojszynie, jakieś 12 km od Puław i 4 km od Janowca, a w niej ostatnie dwa pokoje 4-osobowe. Uff!

Bądź pozytywnym egoistą

No dobra, dach nad głową już jest. To teraz lista rzeczy do pakowania. Dla siebie ogarnęłam parę T-shirtów, jakieś spodenki/spódniczkę, Małżonek i starsze dzieci na szczęście pakują się sami. The Great B. to własność Z., więc z założenia nie wnikam. Ale Pszczółkę spakować muszę. Wózek – obowiązkowo, ciuszki – wiadomo, pieluchy, chusteczki… Przy czym wyszłam z założenia, że nie będę prać i wzięłam podwójny zapas ubranek – w końcu miałam odpoczywać, a śpioszki/kaftaniki są na szczęście maleńkie 😉 (no dobrze, płyn do prania też zabrałam… na wszelki wypadek). No ale gdzie maleństwo położyć do spania? Gdzie wykąpać? Jak utulić, gdy będzie płakało (a niestety w wieku 6-7 tygodni płacz to częste, żeby nie powiedzieć – nagminne zjawisko)? Pierwsza kwestia szybko nam się rozwiązała, Tobołek o wymiarach 55 x 40 cm (rozpiętość ramion 😊) na szczęście swobodnie mieści się w gondoli wózka, więc ustaliliśmy, że tam właśnie będzie spać. A ponieważ w domu noce spędza w kołysce, nie będzie jej brakowało bujania. W kwestii kąpieli znajomi byli szybsi – załatwili u gospodyni nowiutką wanienkę. Pozostała kwestia utulania, a nasz egzemplarz jest pod tym względem niezwykle wymagający: w codziennym użyciu jest chusta, duża piłka (na której się siedzi i buja góra – dół), no i ręce oczywiście. To co zabieramy? Odpowiedź okazała się prosta: wszystko. Pomyślałam egoistycznie i stwierdziłam, że liczy się przede wszystkim mój spokój i wygoda. Chusta na szczęście dużo miejsca nie zajmuje, piłka po spuszczeniu powietrza również jest całkiem kompaktowa. Pozostało pamiętać o pompce (wystarczyła ta do roweru, którą i tak zabieraliśmy) i końcówce do pompowania. I oczywiście gitarze – w końcu to majówka, a wspólne wieczory przy grillu/ognisku nie mogłyby się obyć bez śpiewanek 😊.

Upraszczaj sobie życie

No dobra, udało się zapakować samochód. To ruszamy. Wybraliśmy porę, kiedy zwykle Pszczółka śpi na spacerze, czyli koło 11 przed południem…

… co okazało się bardzo rozsądną decyzją, gdyż przespała całe 3,5 godziny drogi! Na obiad zatrzymaliśmy się w Serokomli w Janowcu – polecam, miejsce zarówno dzieciolubne (krzesełko, przewijak w łazience), jak i psolubne (The Great B. dostał na start michę chłodnej wody).

Godzinę później byliśmy Na Kamykach. Pokój okazał się przestronny, oprócz czterech łóżek, stolika i krzeseł zmieścił się jeszcze wózek (do spania) i kennel dla B. Ze sporego balkonu powitał nas widok na… Kazimierz z najbardziej znanymi zabytkami: zamkiem, basztą, farą i Górą Trzech Krzyży.

Widok z brzegu Wisły w Wojszynie na Kazimierz

Chwilę później okazało się, że nie przewidziałam oczywistej oczywistości. Pszczółkę gdzieś przecież muszę przewinąć. Na szczęście Pomysłowy Dobromir dał radę – przy każdym łóżku stał mały stolik nocny z szufladami. Po zestawieniu dwóch z nich powstała niewielka, praktyczna komoda, a grubszy kocyk idealnie nadał się na materacyk (na szczęście majówka zapowiadała się bardzo ciepła, do przykrycia Pszczółki wystarczył więc kocyk cienki). Na wierzch podkład do przewijania i… voilà! Wygodny przewijak gotowy 😊.

Muszę przyznać, że w pierwszej chwili byłam nieco rozczarowana brakiem ogólnodostępnej kuchni. To jednak sprawiło, że zdecydowaliśmy się na śniadania… co okazało się absolutnym strzałem w „10”. Nie ma nic bardziej relaksującego po nie-do-końca przespanej nocy (maleństwo nie zmienia swoich nawyków, majówka nie majówka), niż pójście „na gotowe” – a nie nerwowe poszukiwania najbliższego spożywczaka… Nawet jeśli oznacza to większy koszt – moim zdaniem warto, dla komfortu psychicznego własnego i pozostałych uczestników wycieczki.

W kupie (zwykle) raźniej ale… unikaj tłumów

Mamy swoje domowe powiedzenie, że jak wybieramy miejsce na wyjazd, to najczęściej jest to koniec świata, gdzie trzeba zapytać o drogę napotkanego anioła, bo diabeł już powiedział dobranoc, przejechać jeszcze siedem rzek i gór i w ten sposób dotrzeć do celu. Tak było i tym razem: podczas kilku spacerów nad Wisłę czy pieszej wycieczki lasem do Janowca praktycznie nie spotkaliśmy żywej duszy (z wyjątkiem kilku wędkarzy, saren, ogromnych zajęcy i wiejskich psów), mimo nieprzebranych tłumów oblegających Kazimierz i okolice. Każdego dnia jednak trafialiśmy też w miejsca ewidentnie przeludnione – i to był ten element wyjazdu, który nie do końca korespondował z naszymi i Pszczółki potrzebami:

– maraton rowerowy w Puławach – niestety muszę przyznać, mimo mojej największej sympatii do tego typu imprez, że miasteczko zawodów (bardzo głośna muzyka, rozentuzjazmowani kibice) NIE NADAJE SIĘ dla niemowląt. Skończyło się oczywiście na przerwaniu drzemki i ogólnej frustracji, że Tobołek zamiast leżeć grzecznie w wózeczku większość czasu spędził na rękach. Lub w chuście, którą w ostatniej chwili wcisnęłam do torby. Wózek posłużył tym razem głównie w charakterze mobilnego przewijaka… Aby uciec od tłumu i gwaru, przeszliśmy się do Pałacu Czartoryskich. Park spokojny, bez nawału odwiedzających, a przed pałacem leżaki… i przepiękne pawie 😊.

Paw na dziedzińcu Pałacu Czartoryskich

 – Kazimierz Dolny nad Wisłą – jak już się rzekło, jest to bardzo oblegane miejsce, szczególnie w piękny, długi, majowy weekend. Chociaż jest to jedna z moich ulubionych miejscówek w Polsce, jednak w takich okresach chyba należy omijać ją szerokim łukiem… Z kazimierskiego Rynku, skąpanego w upalnych promieniach słońca, z dziećmi, psem i wózkiem uciekaliśmy szybciej, niż na niego weszliśmy. Wystarczyło na szczęście oddalić się 300 metrów od Rynku do Wąwozu Małachowskiego i tam już tłum zelżał, a po odbiciu w rozwidlenie wąwozu (teoretycznie teren prywatny, ale co tam 😉) byliśmy jedynymi spacerowiczami.

– Magiczne ogrody – super miejsce dla wszystkich kochający baśniowe klimaty, szczególnie dzieci w wieku 5-10 lat. Pod warunkiem, że nie jest to bezchmurny, bezwietrzy dzień w samym środku najdłuższego weekendu od lat… To, że do atrakcji dla dzieci były kolejki, to pal sześć. Stoisk z lodami było na szczęście pod dostatkiem 😉. Ale te 1,5 godziny spędzone w kolejce do bardzo kiepsko zaopatrzonego grilla (gdy odbiliśmy się od jeszcze większego tłumu do restauracji przy wejściu) zapamiętamy po wsze czasy.

Nie przejmuj się “jak to wygląda”

To prawdopodobnie głównie mój problem, ale raczej nie tylko mój. Takie wewnętrzne przekonanie, że pewne rzeczy mogą się wydać „dziwaczne”, „niestosowne” czy coś. Udało mi się już obalić wewnętrzne tabu dotyczące „publicznego” karmienia piersią (co w moim przypadku oznacza dyskretne przycupnięcie na ławce w parku czy w zacisznym kącie kawiarni), jednak miałam spore opory co do przewijania. No i co do tego też musiałam się przełamać: do Janowca poszłam z Z., The Great B. i Tobołkiem w tobołku – w chuście znaczy się. I już po opuszczeniu murów przyjaznej kawiarni Serokomla, pod spożywczakiem okazało się, że Pszczółka wymaga przewinięcia. Na ryneczku stało kilka ławek, więc – rada nie rada – złożyłam chustę na kilka części, rozłożyłam podkład (zawsze mam jeden mały ze sobą – czy w wózku, czy w plecaku, gdy biorę chustę) i myk – myk… Trwało to wszystko może pół minuty i jakoś nikt nie spojrzał na mnie wymownym wzrokiem. Niemowlę – samo życie. Okazuje się, że wszyscy dookoła mają dużo więcej zrozumienia i akceptacji dla jego potrzeb… niż ja sama 😊.

Zamek w Janowcu

Podobnie zresztą miała się sprawa pt. wózek vs. chusta. Tak to czasem z Tobołkami bywa, że nie chcą grzecznie leżeć w miejscu, albo też w jednej chwili chcą, a w drugiej nie chcą. Po frustrującym spacerze z Janowca do Kazimierza, kiedy to trzymałam Pszczółkę na jednej ręce, a drugą prowadziłam wózek, powiedziałam sobie dość: chustuję ją gdy tego wymaga, jak zasypia – odkładam do wózka. Czasem oznacza to, że mając Tobołek w tobołku prowadzę pusty wózek (co sobie inni pomyślą???) – ale po pierwsze primo prowadzę go obiema rękami 😊, a po drugie primo – jak Pszczółka zaśnie, w każdej chwili mogę ją odłożyć do wózka.

Podsumowując…

Nasz pierwszy wypad w rozszerzonym składzie oceniam jako bardzo udany. Kilka dni pozwoliło na naładowanie baterii i poczucie, że choć tyle się w naszym życiu zmieniło, to nadal każdy z nas może spędzać czas tak, jak lubi najbardziej. A Pszczółka nam nie tylko w tym nie przeszkadza, ale też często jej obecność pomaga w wynajdowaniu nowych pomysłów i szlaków, których istnienia nawet byśmy nie podejrzewali…

Kwitnący rzepak nieopodal Janowca

4 thoughts on “U Króla Kazimierza za miedzą

  1. Ew says:

    Brawo dla Tobołka i Wesołej Kompanii 🙂 Grunt to się nie zamartwiać, ludzie zawsze coś pomyślą albo wręcz przeciwnie nic nie zauważą! A może się zdarzyć, że pomyślą pozytywnie o rodzicach radzących sobie w nagłych sytuacjach 🙂

    Jak trzeba było to u mnie Młody był karmiony piersią w pociągu pełnym ludzi, w kawiarniach, na deptaku , w aucie – nigdy nie spotkałam się z negatywnym odbiorem, czasy się zmieniły 🙂 Nie nauczyłam się jednak sztuki konwersacji i karmienia jednocześnie – za dużo na raz dla mnie.

    Co do spania niemowląt – np. na “booking” można zaznaczyć opcję, by pokazywało tylko ofert z łóżeczkami dla dzieci, ale u koleżanki przespał na górze koców otoczonych poduszkami – na podłodze między szafką, a kanapą, i też dało radę 🙂

    Wspaniały wpis, nie mogę się doczekać na następny! 🙂

    • zachody_jo8wx5 says:

      Ewciu, wielkie dzięki za pierwszy komentarz :)) Co do spania, na najbliższy wyjazd załatwiliśmy sobie u gospodarzy łóżeczko turystyczne, ale potem na jednej działce też będziemy rzeźbić z tapczanem, bardzo dobry jest pomysł z tymi poduszkami, wypróbujemy 🙂

  2. Marta K. says:

    Świetne poczucie humoru i dobra energia! 🙂 A porady iście coachingowe! Moje ulubione to: “Upraszczaj sobie życie” i “Bądź pozytywnym egoistą” Czekam na więcej!

    • zachody_jo8wx5 says:

      Bardzo dziękuję za miłe słowa, ten coaching to w istocie “autocoaching” – przekonywanie samej siebie, że jednak robię dobrze 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *