Tobołek w przyczepce vol. 1

Kolejny długi weekend majowo-czerwcowy postanowiliśmy spędzić na działce, nieopodal lasu i pięknej rzeki Pilicy. A że Pszczółka niebawem miała skończyć 3 miesiąc życia, a rower wołał mnie coraz mocniej, odważyliśmy się wypróbować przyczepkę.
Całe szczęście, że działają obecnie wypożyczalnie (my skorzystaliśmy z travelito.pl). Tak samo jak rower czy samochód, taki droższy sprzęt dobrze jednak przed zakupem solidnie przetestować.
Tak więc wypożyczyliśmy przyczepkę marki Croozer, model Kid1 z hamaczkiem dedykowanym specjalnie niemowlętom miedzy 1 a 10 miesiącem życia. Czyli dla Pszczółki w sam raz 🙂. A przynajmniej tak by się mogło wydawać…

Przyczepka Croozer Kid 1 z hamaczkiem

Przyczepka-niekoniecznie-terenowa

Pierwszego dnia wieczorem, łapiąc wiatr w uszy (oczywiście obowiązkowo wszyscy – poza maleństwem – w kaskach) udaliśmy się na przejażdżkę do lasu. Pszczółka na początku przy zapinaniu w hamaczku protestowała, ale jak tylko rower ruszył, poszła spać. A my – las, piasek, korzenie… chociaż dziecię nie kwiliło, jednak sądząc z podrygiwania przyczepki nie było jej specjalnie komfortowo. Dodatkowo ziarenka piasku i kurzu przeszły przez moskitierę i pokryły całe ubranko drobinkami pyłu.
No dobra, przyczepka w teren – przynajmniej na tym etapie – nie bardzo. To może w takim razie drogi utwardzone?

Zachód słońca na działeczce…

uwaga upały!!!

Drugi dzień – drugie podejście. Ruszyliśmy koło południa, wybierając wyłącznie mało uczęszczane asfalty i twarde drogi gruntowe. Po pół godzinie obowiązkowa przerwa na karmienie w urokliwym parku w Wyśmierzycach… i dalej nad Pilicę. Tam z drogami już nieco gorzej, ale za to jaka przyjemna, chłodna bryza… Woda… upał… tak mi się to spodobało, że wskoczyłam na chwilę do rzeki, zanurzyć nogi i obmyć ręce. Pszczółka drzemała słodko w hamaczku, w cieniu krzaków. Potem powrót – trochę nad rzeką, trochę asfaltem. Koło 14:00 dotarliśmy na miejsce… i całe szczęście, że nie przedłużyliśmy tej wycieczki. Niestety, mimo naszego dmuchania i chuchania, tudzież sprawdzania co chwilę, czy na pewno wszystko gra, dzidzia nam się prawie ugotowała. I to dość dosłownie.. Hamaczek, pewnie ze względów bezpieczeństwa, skonstruowany jest tak, że ma dość obszerne “boczki”, w które taki 3-miesięczny maluch po prostu wpada. A że materiał, z którego jest uszyty nie należy do przewiewnych, w upalny dzień po prostu się nie sprawdził. Podobnie moskitiera – jakby nie było siateczkowa – nie wystarczyła, aby pęd chłodniejszego powietrza zapewnił dziecku komfort termiczny. W tym modelu nie ma też możliwości zacienienia pasażera, co przy ostrzejszym słońcu może się okazać zarówno nieprzyjemne, jak i niebezpieczne. Była to dla mnie bardzo ważna lekcja: jeśli temperatura powietrza przekracza 25 stopni – takie jest przynajmniej moje maksimum przebywania na słońcu – 99% trasy powinno być w cieniu, dodatkowo trzeba robić dziecku bardzo częste przerwy (nawet co 15 minut). I nie oglądać się na to, że “przecież śpi”! Komu z Was zdarzyło się kiedyś zasnąć na plaży w upalnym słońcu, ten doskonale wie, o czym mówię… My dodatkowo podaliśmy Pszczółce wodę (zgodnie z zaleceniem lekarza) – w takim wypadku odpowiedni zapas płynów (nie tylko dla dziecka) trzeba mieć obowiązkowo ze sobą.

im wcześniej tym lepiej 🙂

Ostatni dzień długiego weekendu, ostatnia możliwość przejażdżki. Wyciągając wnioski z dnia poprzedniego, postawiliśmy na częste postoje. I zrezygnowaliśmy zupełnie z moskitiery, choć też nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie – trochę kamyczków z drogi dostało się do przyczepki. Ruszyliśmy na tyle wcześnie, żeby zdążyć wrócić zanim upał rozkręci się na dobre. No i za wszelką cenę poszukiwaliśmy cienia… W efekcie wyszła nam całkiem fajna, 30-kilometrowa wycieczka, z której wszyscy wyszliśmy cało i w bardzo dobrym stanie 🙂 Ufff…

Pszczółka w karocy z osobistą obstawą 😉

Przyczepka – ok, ale…

Ten konkretny model Croozera w określonych okolicznościach przyrody nie do końca nam się sprawdził. Hamaczek może jest fajny dla nieco starszych niemowląt (pół roku i więcej), ale te najmniejsze maluszki chyba nie do końca się tam odnajdą. A przynajmniej Pszczółka ewidentnie się męczyła: zarówno dość pionowa pozycja, jak i wspomniane już przeze mnie boczki ograniczające z obu stron – okazały się w naszym przypadku nietrafione.  Ale  tyle dobrego, że po tych 4 dniach byłam zdecydowanie bogatsza o doświadczenie i już wiedziałam na pewno, czego nie chcę. Pozostaje tylko ustalić czego chcę…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *