Z wizytą u bałtyckiego Neptuna

Część 1. Podróż.

No i w końcu wakacje! I kolejna wyprawa. Bardzo, bardzo chciałam pojechać nad polskie morze – uwielbiam dotyk miękkiego piasku, niekończące się, szerokie plaże, szum nadmorskiego lasu i fale załamujące się na płyciźnie…
Aby Pszczółki (i siebie) zanadto nie męczyć, wybrałam miejsce najbliższe w linii prostej od Warszawy. Wypadła Stegna. Poszukiwania noclegu rozpoczęłam już pod koniec kwietnia, więc nie miałam zbyt dużego problemu w znalezieniu przytulnego domku, w sam raz na naszą piąteczkę (Mąż rym razem w wersji dojazdowo-weekendowej) plus The Great B.
Podróż rozpoczęliśmy w poniedziałek (omijając największe natężenie wakacyjnego ruchu) po śniadaniu, jak tylko Pszczółka zaczęła sugestywnie ziewać i mrużyć oczy. Nawigacja pokazała 3h 40 min na miejsce – no to pewnie 1-2 godziny pośpi i będzie trzeba się zatrzymać na karmienie tudzież przewijanie. Dlatego – chyba pierwszy raz od stu lat – nie zapakowałam nic do jedzenia. Nic, nawet złamanego herbatnika. Tylko termos herbaty i butelkę wody. A tu mijała godzina za godziną, a Pszczółka spała… W odległości równo 100 km od miejsca docelowego nasza najstarsza latorośl nieśmiało zapytała, czy jednak nie moglibyśmy się zatrzymać na coś do jedzenia, bo jeszcze chwila, a zacznie jeść karmę dla psa… Zgodnie jednak z Mężem stwierdziliśmy, że póki maleństwo śpi, to jedziemy. Bo jak się już obudzi, to dalsza część podróży może się okazać mało przyjemna… A psie żarcie CHYBA jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
I tym sposobem w okrągłe 3h 40 min znaleźliśmy się w Stegnie.
Wybrany przeze mnie obiekt – Pokoje Gościnne A.A.Malinowscy – okazał się cudownym miejscem z jednym domem większym z pokojami, drugim mniejszym z dwoma apartamentami i trzema osobnym domkami. Na terenie był też śliczny plac zabaw z trampoliną i huśtawką, a z drugiej strony domu – duża wiata grillowa. Znaleźliśmy się chyba w najlepiej i najładniej urządzonym domku, jaki kiedykolwiek widziałam: gospodarze zadbali nawet o łóżeczko turystyczne i wanienkę dla Pszczółki.

No to wakacje czas zacząć!

Cudowny domek u Państwa Malinowskich w Stegnie 🙂

Część 2. Morze.

Ponieważ w Stegnie jest szeroki pas nadbrzeżnego lasu, a my mieszkaliśmy po drugiej stronie głównej drogi, do plaży mieliśmy jakieś 3 km. Dlatego zabraliśmy ze sobą rowery – i przyczepkę rzecz jasna (dla nierowerowych podpowiadam, że na plażę można się również dostać meleksem, za jedyne 3 zł od osoby). A że pojemność samochodu jest ograniczona, zmieściła nam się tylko składana spacerówka (oczywiście rozkładana do pozycji leżącej). Już pierwszego dnia okazało się, że wózeczek z małymi kółkami nie za bardzo nadaje się na spacer w terenie…

Spotkanie ze skarpą

Na pierwszy, wieczorny spacer wybraliśmy się nas morze. Ale nie najprostszą drogą z chodnikiem, o nie, zawsze musimy sobie utrudnić. Szybko więc odbiliśmy na trakt leśny, z którego skręciliśmy w dróżkę prowadzącą – a tak nam się przynajmniej wydawało – prosto na plażę. Jakie więc było nasze zdziwienie, gdy zamiast piaszczystego wejścia zobaczyliśmy… ścianę. Przed nami piętrzyła się kilkunastometrowa skarpa. Ani wózkiem, ani na piechotę z dzieckiem na ręku nie szło jej sforsować. Napotkani spacerowicze zasugerowali nam obejście jej z prawej strony, co też zrobiliśmy. W międzyczasie Pszczółka się obudziła i powędrowała z wózka do chusty.
Co robi wózek spacerowy typu parasolka na piasku – można się domyśleć… tak więc tarabaniąc się z Tobołkiem i wózkiem, doszliśmy w końcu na plażę… Wreszcie morze! Dość szybko wygonił nas jednak silny wiatr. Zdecydowaliśmy się wrócić drogą wzdłuż plaży, na samej granicy lasu. Wózek poddał się niemal zupełnie, momentami trzeba było go przenosić… dopiero jak dobrnęliśmy do głównej drogi, doceniliśmy zwykły, tradycyjny chodnik :))
A z wycieczki planowanej na jakieś 6 km wyszło nam prawie dwa razy tyle. Ech…

Leśna droga na skarpie z widokiem na morze

Słońce, PIASEK i WIATR

W następnych dniach już grzecznie korzystaliśmy z jednej z dwóch głównych dróg dojazdowych na plażę: ul. Morskiej i ul. Lipowej. I tym razem pojechaliśmy rowerami, z przyczepką. Zasada zawsze ta sama: jak Pszczółka robi się śpiąca po śniadaniu, ląduje w foteliku, pakujemy przyczepkę… i wio! Nad morzem łapiemy jedną drzemkę, na drugą pakujemy się z powrotem i wracamy. Na plaży chroniliśmy się przed wiatrem za parawanem, a od słońca – pod parasolem kupionym już drugiego dnia w miejscowej Biedronce.
Szybko okazało się, że Pszczółka uwielbia morze. Morskie fale przykuwały jej spojrzenie już od pierwszego dnia, piasek w oczach wcale nie przeszkadzał, a szum wiatru usypiał do snu. Przyjemnie było zanurzyć stópki w ciepłym piasku i przeskakiwać – oczywiście na rękach mamy – przez grzbiety fal. I tak mijały dni…

Wymarzona pogoda i… pusta plaża 🙂

Wycieczka do Kątów Rybackich

W weekend dojechał do nas Mąż, więc postanowiliśmy się wybrać na wspólną wycieczkę rowerową. Najpierw godzinka na plaży, potem jakieś 8 km przez las do naszej ulubionej miejscowości na Mierzei Wiślanej. Kąty Rybackie są może mniejsze od Stegny, nie ma tu tylu sklepów czy pensjonatów, ale atmosfera jest – moim zdaniem – nieporównywalnie lepsza. Wolna od typowego turystycznego zgiełku, na plaży jest zawsze dużo miejsca, a przez las prowadzi wiele ścieżek, którymi dostać się można nad morze. Ciekawostką jest tu również Rezerwat Kormoranów. Miejsce, gdzie urzędują te ciekawe ptaki łatwo rozpoznać, ponieważ drzewa wyglądają jak wypalone kikuty – tak działają na nie ptasie odchody.
W każdym razie wybraliśmy drogę równoległą do wybrzeża, ale w pewnej od niego odległości. Pełno było na niej piasku i korzeni i trochę się martwiłam, czy Pszczółce (ciągniętej przez Męża) aby na pewno w przyczepce wygodnie. Nagle najechałam na patyk, który utkwił mi między szprychami. Charakterystyczne „psssssssst”… i z przedniej opony zeszło całe powietrze. Ułamany wentyl, zapasowej dętki brak. No to koniec wycieczki. Chyba że… No właśnie. Chyba że ja wezmę rower Męża z przyczepką, a on wróci się z uszkodzonym rowerem po samochód i dojedzie na miejsce. Nie ma co się zastanawiać, dopóki Pszczółka śpi, trzeba korzystać. Choć muszę przyznać, że ciągniecie przyczepki na rowerze przełajowym, z siodełkiem ustawionym kilka centymetrów za wysoko (co przy pedałach i butach wpinanych typu SPD naprawdę zaczyna być problemem) nie było zbyt komfortowe.
W pewnym momencie miałam dość. Pomyslałam, żeby zjechać trochę w kierunku szosy w poszukiwaniu jakiejś lepszej drogi. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że dosłownie kilkaset metrów dalej przebiegał żółty szlak, a wraz z nim szeroka, wygodna droga, prawie bez piasku i korzeni!
Tym sposobem po niedługim czasie byliśmy w Kątach. Na obiad zatrzymaliśmy się w Karczmie Kormoran – sprawdzonej podczas poprzednich pobytów na Mierzei Wiślanej. Tradycyjna polska kuchnia za rozsądną cenę i porcje nie do przejedzenia przez 1 osobę – tak najkrócej można scharakteryzować to miejsce. Osoby o wrażliwych żołądkach uprzedzam – choć wszystko smakuje pysznie, to jednak tradycja ma swoją cenę: nie żałuje się tu zasmażek, skwarek czy głębokiego tłuszczu. Więc lepiej się nie przejadać 😉
Po obiedzie tęskne spojrzenie w kierunku Zalewu Wiślanego… i czas wracać. Ale z mocnym postanowieniem, że w przyszłym roku ponownie tu przyjedziemy!

Zachód słońca nad Bałtykiem

Epilog

Tydzień nad morzem będziemy na pewno długo wspominać. Może trochę szkoda, że dla Pszczółki to kiedyś będzie tylko parę zdjęć. Ale tak sobie myślę, że ten pierwszy kontakt z morskimi falami, piaskiem, wiatrem – to wszystko sprawi, że za rok, jak tu wrócimy, to na jej twarzy natychmiast pojawi się uśmiech 🙂

PS: nie wiem jak to się stało, ale nasz kochany Tobołek, zapakowany do fotelika o godz. 10:15, przespał całą drogę powrotną do domu, budząc się tylko raz, jak stanęliśmy w korku i silnik zwolnił obroty. Tym razem jednak byłam przygotowana i pozostali uczestnicy wycieczki nie pomarli z głodu 😉

PS2: w następnym wpisie coś więcej o tym, jak sprawowała się przyczepka. Zapraszam do lektury!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *