Pszczółka w krainie Tysiąca Jezior

Nareszcie wyjazd we dwoje 🙂 No, może niezupełnie… Właściwie to zupełnie niezupełnie. Bo wyjechaliśmy w składzie ja + Pan Mąż + Pszczółka. Jak zwykle aktywnie i rowerowo, gdyż albowiem w lipcu odbywały się Mistrzostwa Polski w Cross Country, a jak już się rzekło, Mąż wielkim fanem kolarstwa jest.

Podróż z syrenką w tle

Już na starcie zaliczyliśmy lekką wtopę, jakoś tak nam leniwie zleciał poranek i zamiast o planowanej 10:30 wyjechaliśmy godzinę później. Jakie to ma znaczenie? Ano ma. Pszczółka ma dość ścisłe i rygorystyczne podejście do drzemki w podróży. A dokładnie do pory jej zakończenia: w zasadzie nie zdarza jej się spać dłużej, niż do 14:00. Do Mrągowa z Warszawy jest jakieś 3,5h, więc, jak łatwo się domyślić, godzinę przed metą włączyła się nam syrena w samochodzie. Ostatnie kilometry upłynęły w nieco nerwowej atmosferze. Chwytając się każdej możliwej deski ratunku, byle tylko choć na chwilę uspokoić Pszczółkę, włączyłam… dźwięki w telefonie. Znaczy się wszystkie te melodyjki i sygnały, które można ustawić jako dzwonki, smsy, powiadomienia o nadejściu poczty, wiadomości itp. I o dziwo… zadziałało! Przynajmniej na tyle, że udało nam się dotrzeć do celu w pełnym składzie i nie wnieść pozwu rozwodowego w trybie natychmiastowym. A więc sukces 🙂

Mazury welcome to…

Hemerycka wycieczka

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, rodzice często zabierali nas – mnie i moje rodzeństwo – w góry. A że dziadki Pszczółki nie należą do kanapowców i ciągle ich gdzieś gna – ciekawe po kim odziedziczyłam ten gen – górskie wycieczki były na porządku dziennym. Ale nie takie zwykłe, tylko hemeryckie. Niech Was nie zwiedzie podobieństwo tego słowa do osób starszych przebywających zasłużenie na emeryturze. Nic bardziej mylnego! Hemerycka wycieczka to wielogodzinna, wyczerpująca wyprawa, często bez ustalonego celu, bądź też z celem zmieniającym się w sposób niespodziewany („to jeszcze tylko tą dolinką”; „już bliziutko, może z godzinkę”; „za tą górką… może tamtą drugą”). Po hemeryckiej wycieczce najlepiej byłoby odpoczywać przez kolejny tydzień, ale przecież jutro też był dzień i czas na następny wypad…
Ten gen też odziedziczyłam. Zawsze jak zapowiadałam „krótki, może godzinny spacerek”, kończyło się na czymś znacznie dłuższym.
Tak było i tym razem. Jak już dojechaliśmy do hotelu, stwierdziliśmy, że wypadałoby się przejść trochę, korzystając z pięknych okoliczności przyrody. Pan Mąż, któremu oczy zaczęły już podejrzanie zmieniać się w dwa koła ze szprychami, zaproponował, żebyśmy przeszli się z wózkiem na Górę Czterech Wiatrów, gdzie dwa dni później miały się odbyć zawody. Ponieważ na mapie nie wyglądało to specjalnie daleko, zgodziłam się. Na początku szliśmy ładną, wyremontowaną promenadą nad samym jeziorem Czos, mijając po drodze malowniczo położony amfiteatr. Wkrótce doszliśmy do lasu, gdzie promenada zmieniła się w dobrze utrzymaną ścieżkę spacerową. Po wschodniej stronie jeziora wiodą równolegle dwa szlaki: Mrągowski Szlak Turystyczny Poznaj Mrągowo oraz ścieżka edukacyjna „Źródełko Miłości”. Minęliśmy rzeczone źródełko i po pewnym czasie wyszliśmy z lasu. Tam wszelkie oznaczenia szlaków się skończyły… ale nas to w żaden sposób nie zniechęciło. Na wysokości zrujnowanego ośrodka wczasowego natknęliśmy się na świeżo wyjeżdżoną drogę odchodzącą w stronę jeziora, równolegle do jego południowego brzegu. Świetnie, to Góra Czterech Wiatrów tuż tuż!
Taaa… nie przewidzieliśmy jednak, że po kilkudziesięciu metrach „droga” zmieni się w błotniste bajoro, w którym koła spacerówki grzęzną tak, że nie da się jechać, a wygłodniałe komary atakują ze wszystkich stron. Uparcie jednak brnęliśmy dalej, aż usłyszeliśmy burzowe grzmoty. Tego już było za wiele: radzi nieradzi postanowiliśmy zawrócić. Ubłoceni, zmęczeni, grzecznie wróciliśmy na szlak powrotny obiecując sobie, że następnego dnia zaatakujemy Górę Czterech Wiatrów… od drugiej strony jeziora 🙂

Amfiteatr nad jeziorem Czos

Góra Czterech Wiatrów

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Ponieważ spaliśmy po wschodniej stronie jeziora, do pokonania mieliśmy całą stronę północną i zachodnią, w ruch więc poszły rowery wraz z przyczepką. Plan był taki, aby dojechać promenadą tylko do plaży i przeprawy promowej przy Osiedlu Grunwaldzkim, stamtąd promem na Półwysep Czterech Wiatrów. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę godzin kursowania promów… przecież to środek wakacji, więc promy powinny pływać na bieżąco, no nie? No właśnie nie. Gdy okazało się, że na najbliższy prom musielibyśmy czekać ponad godzinę, zdecydowaliśmy się objechać jezioro Czos od południa i tą drogą dotrzeć na Górę Czterech Wiatrów. Co w sumie okazało się całkiem dobrą decyzją, gdyż natrafiliśmy na dobrze oznakowany szlak rowerowy, prowadzący osiedlami, nowiutką ścieżką wzdłuż szosy, a następnie – niezwykle malowniczo – przy samym jeziorze. Szlak aż do samej Góry Czterech Wiatrów całkowicie przejezdny, również dla przyczepki.
Miasteczko zawodów kolarskich umiejscowione zostało na samym szczycie. Plus przebywania w takim miejscu przed mistrzostwami jest taki, że można już zobaczyć trasę, trenujących zawodników, całe zaplecze… a nie ma jeszcze hałasu i rozgardiaszu, tudzież wrzeszczących kibiców. Gdy więc Pan Mąż nawiązywał bliższą znajomość z trasą zawodów, my z Pszczółką miło spędziłyśmy czas w cieniu drzewa.
Droga powrotna okazała się dużo mniej przyjemna. Choć ponoć wytyczona została trasa rowerowa dookoła Jeziora Czos, słowo „ponoć” najlepiej obrazuje stan jej południowego fragmentu. Trasa wiedzie polną drogą wyjeżdżoną prawdopodobnie przez traktory lub inne pojazdy rolnicze, bo zwykły samochód nie dałby sobie rady, urywając zawieszenie na pierwszym zakręcie. Droga zarośnięta pokrzywami, chwastami, o nierównym nachyleniu, co w przypadku przyczepki dawało katastrofalne skutki. Konieczne było prowadzenie roweru i miejscami przenoszenie karocy przez najgorsze wyboje.
Całe szczęście, że Pszczółka przespała całą drogę, bo gdy dotarliśmy wreszcie do promenady wschodniej, byliśmy już nieźle umęczeni i zgrzani. Ale przynajmniej bogatsi o nowe doświadczenia. Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni 😉

Góra Czterech Wiatrów

Tobołek w hotelu

Na koniec słów kilka o tym, jak sprawowała się Pszczółka w hotelu i jak sprawował się hotel wobec Pszczółki. Właściwie już standardem jest, że w tego typu obiektach dostępne są wanienki i łóżeczka turystyczne, warto jednak o to wcześniej dopytać i ewentualnie zarezerwować sprzęt – zdarza się, że takich akcesoriów jest ograniczona ilość, a maluchów w wakacje może się pojawić dużo. Nam w każdym razie udało się dostać i wanienkę, i łóżeczko, ze świeżo wypraną dziecięcą pościelą.
Restauracje hotelowe, gdzie podawane są śniadania, też już powszechnie dysponują krzesełkami do karmienia. W tamtym momencie Pszczółka jeszcze nie siedziała, więc skorzystaliśmy z możliwości wjechania wózkiem i w ten sposób całkiem przyjemnie udawało nam się zjeść poranny posiłek. Natomiast całkiem niestandardowym, lecz bardzo sympatycznym wyposażeniem hotelu okazał się basen. Ponieważ Pszczółka uwielbia wodę, zdecydowaliśmy się sprawdzić, jak sobie poradzi w „większej wanience”. Woda była przyjemna, ponad 30 stopni – do chłodniejszej bym malucha nie wpuszczała – a na recepcji za niewielką opłatą dostępne były specjalne pieluszki do pływania. Dziecku bardzo się podobało, a my w relaksujący sposób spędziliśmy deszczowe przedpołudnie 🙂

Zachód słońca przy promenadzie w Mrągowie

Do domu wracałyśmy same pociągiem z Olsztyna. O tym jednak, a także o podróży samolotem, opowiem w oddzielnym wpisie. Zachęcam do lektury i komentarzy 🙂

One thought on “Pszczółka w krainie Tysiąca Jezior

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *