Mama w podróży czyli 25h samotności

Ten wpis poświęcę dla odmiany własnej, samotnej podróży. Tak, zostawiłam Pszczółkę w kochających rękach taty. Tak, na całą dobę. Dokładnie 25h. Nie, nikt z tego powodu nie umarł, choć momentami była to prawdziwa jazda bez trzymanki. I wymagała trochę przygotowań, o których również napiszę.

Kto chce, kto chce bilety na Eda???!!!

Ano jestem fanką Eda Sheerana. Może nie taką psycho, co ma pościel z jego wizerunkiem i koszulkę na każdy dzień roku, po prostu uwielbiam jego piosenki. Trafiają do mnie muzycznie i tekstowo, bawią, wzruszają, czasem zmuszają do refleksji. Gdy więc w czerwcu ubiegłego roku Ed ogłosił trasę koncertową i uwzględnił na niej Polskę, postanowiłam, że muszę zdobyć bilety. W momencie otwarcia sprzedaży byłam już zalogowana, gotowa wydać te miliony milionów… jednak okazało się to nieco bardziej skomplikowane. Zanim zdążyłam kliknąć, serwis najpierw zawiesił się, a potem pokazał, że zostały już tylko bilety VIP, które nawet dla prawdziwej fanki Eda były poza zasięgiem cenowym. Zrozpaczona zaczęłam szukać alternatyw… i tu z pomocą pospieszył Pan Mąż, który zauważył, że innym przystankiem na tej samej trasie jest Monachium. Więc można by skorzystać z okazji, że nieopodal mieszka moja rodzona siostra, wziąć własną dorastającą córę Z. pod pachę i zrobić prawdziwy zlot czarownic. Tak też zrobiłam. Gdy dwa tygodnie później dostałam przesyłkę, a w niej błyszczące, pachnące trzy bilety na Eda, niemal oszalałam z radości.

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia…

Niespodzianka, niespodzianka 😉

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że nie jestem sama. Że jest już ze mną Pszczółka, wielkości główki od szpilki, ale jest. Gdy więc kilka dni później zameldowała się jasno i dobitnie w postaci dwóch niebieskich kresek, jedną z pierwszych myśli nie było „co teraz?”, „jak to będzie?”, tylko „to jak ja teraz u licha pojadę na koncert???” Miałam jednak dużo czasu na to, żeby się przygotować. Dziewięć miesięcy na przyjście Pszczółki i kolejne trzy – do wyjazdu za granicę.

Pier(w)si na pokład!

Maleństwo przyszło na świat w marcu. Szybko okazało się, że jest z niej żarłok (no dobra: żarłoczek) nie z tej ziemi, przez pierwsze trzy miesiące potrafiłam ją karmić nawet kilkanaście razy na dobę. Gdy jednak w kalendarzu zrobił się czerwiec, a zaraz potem zamajaczył lipiec z zaznaczoną na czerwono datą koncertu, przestraszyłam się nie na żarty. Jak ja zostawię Pszczółkę, która ssie pierś co 2-2,5 godziny, na całą dobę? Przecież to jakieś szaleństwo!
Starałam się jednak podejść do tematu metodycznie, w kilku krokach:

1. Mleko

Skoro mam małego ssaczka w domu, najważniejsze, żeby zostawić mu odpowiednią ilość mleka. W tym celu zakupiłam ręczny laktator i zaczęłam odciągać. Bez bicia przyznaję się, że czekałam z tym dosłownie do ostatniej chwili, czyli jakieś 10 dni przed koncertem (nie polecam)! Wyposażyłam się również w specjalne pojemniki do mrożenia pokarmu. Suma sumarum udało mi się zabezpieczyć 7 porcji po 120 ml. Dużo, mało – nie mi oceniać, więcej nie dałam rady. Na wszelki wypadek zakupiliśmy też puszkę mleka modyfikowanego, jakby się jednak okazało, że Pszczółka będzie głodna.

Laktator Ardo Amaryll. Najtańszy jaki znalazłam. Sprawdził się w 100%!

2. Butelka

Mleko jakoś trzeba dziecku podać. A wyłączne karmienie piersią powoduje, że dzieciątko po prostu nie umie ssać z butelki. Tu akurat z pomocą przyszła pediatra, która już w trzecim miesiącu życia Pszczółki zarządziła dopajanie zwykłą, przegotowaną wodą, gdyż mała jadła tak ogromne ilości mleka (przejściowo była nawet w 90 centylu, startując z 10!), że miała duże problemy z brzuszkiem. Tak więc do lipca osiągnęliśmy stan, w którym Pszczółka codziennie opróżniała 100-120 ml wody. No to jak wodę dała radę, to mleko przecież też 🙂

3. Tata

Ostatnim, ale może nawet najważniejszym punktem był test taty. Nie chodzi o to, że miałby sobie nie poradzić. Bardziej o uspokojenie moich skołatanych nerwów, że dziecko nie umrze z głodu, a tata z rozpaczy. Jak więc mieliśmy chwilę pewnego deszczowego dnia na Mazurach (więcej o tym wyjeździe w poprzednim wpisie), odciągnęłam porcję mleka, wlałam do butelki i zniknęłam Pszczółce z oczu. Ten ostatni element jest szczególnie ważny – jak tylko pojawiam się na horyzoncie to nie ma opcji, żeby ktokolwiek inny ją nakarmił. I udało się! Porcja mleka zniknęła w okamgnieniu.

Nieuchronnie zbliżał się koniec lipca, a wraz z nim koncert. Już od kilku dni starałam się, żeby Pszczółkę usypiał tata, pojąc przy tym mlekiem z butli. I szczerze mówiąc nie wyglądało to najlepiej: mała jakby podejrzewała, że coś się dzieje, długo płakała przy zasypianiu, jadła mało. Oczywiście straty odrabiała w nocy, ale ja już rwałam sobie włosy z głowy myśląc o tym, że biedna zasłabnie z głodu przez tę dobę…
No ale słowo się rzekło, bilet do Modlina kupiony, odprawa na samolot zrobiona, czas w drogę.
Wyszłam z domu chwilę po 8 rano. Nie będę tu ze szczegółami opisywać, ile razy chciałam zawrócić na pięcie i zrezygnować z wyjazdu, ale – z duszą na ramieniu i muzyką relaksacyjną w słuchawkach – wyruszyłam w podróż…

No i???

Okazało się, że zarówno Pszczółka, jak i tata, poradzili sobie znakomicie! Mąż starał się nie czekać, aż mała zapłacze z głodu, tylko przygotowywał sobie butlę zawczasu i dawał jej mniej więcej co 2,5h. Zeszło wszystkie 7 porcji mojego i jeszcze 2 mleka modyfikowanego 🙂 A ja, wyśmienicie bawiąc się w Monachium, dostawałam co jakiś czas raport ze zdjęciem dokumentującym uśmiechniętą Pszczółkę na spacerze czy (prawie) pustą butelkę 🙂

Raport rzecz bezcenna 🙂

Musiałam tylko częściej niż zwykle korzystać z toalety… żeby odciągać mleko. Średnio co 3-4 godziny, inaczej czułabym się jak z tykającą bombą pod bluzką. Na szczęście laktator można przewieźć w bagażu podręcznym. Jeśli się podróżuje z dzieckiem – bez ograniczeń, jeśli samemu – musi być pusty, w sensie niewypełniony mlekiem. No niestety tego dnia jakieś 800 ml najlepszej jakości pokarmu wylałam do umywalki… ale za to wróciłam zdrowa, bez zatorów, a laktacja została utrzymana.
Po nocy częściowo przespanej na lotnisku (dobrze, że w Monachium mają łóżka polowe ;)) wsiadłam w samolot powrotny. Może niespecjalnie wypoczęta, ale bardzo szczęśliwa.
Punktualnie o 9:00 weszłam do domu, gdzie Pszczółka z tatą baraszkowali rozkosznie w pościeli.
Wszyscy przetrwali, ja wybawiłam się za wszystkie czasy, a Mąż zdobył kolejne, cenne doświadczenie.
A nade wszystko kojąca była świadomość, że – choć jestem chwilowo dla Pszczółki absolutnym centrum wszechświata – nie jestem całkiem niezastąpiona. Że jakby cokolwiek, dadzą sobie radę 🙂

Fantastycznie spędzony wieczór!

Macie podobne, lub zupełnie inne doświadczenia? Zachęcam do komentowania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *