Nasza Wielka Szkocka Przygoda #1

Tak już u nas jest z planami, że jeśli coś sobie postanowimy, to dopniemy swego – choćby nie wiem co! Tak też było w przypadku Szkocji, którą wymyśliliśmy sobie jakieś 3 lata temu. Po dwóch krótszych, 3-4 dniowych wypadach stwierdziliśmy, że musimy tam wrócić na dłużej.

Akurat tak się złożyło, że w sierpniu 2018 w Glasgow miały być rozgrywane tzw. Igrzyska Europejskie, a w ich ramach wyścigi rowerowe – szosowe i MTB, z całkiem zacną polską obstawą. Ustaliliśmy więc wyjazd na 2 tygodnie w tym terminie i czekaliśmy na uruchomienie sprzedaży biletów lotniczych…

Co to ma wspólnego z Tobołkiem? Wszystko! Bo gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, zgodnie doszliśmy do wniosku, że planów nie zmieniamy. Jedziemy i bierzemy Pszczółkę ze sobą. Z wyliczeń wynikało, że powinna wtedy mieć jakieś 5 miesięcy, więc jeszcze na cycu, nieraczkująca… powinno się udać…

Takie klimaty… już niedługo 😉

przygotowania do podróży

No i przyszła wiosna 2018, z nią Pszczółka i możliwość zakupu biletów. Ponieważ planowaliśmy spędzić w Glasgow tylko 4 dni, pozostała decyzja co zrobić z pozostałymi 10… i wtedy przyszedł ten szalony pomysł: wypożyczamy kampera i jedziemy na północ! A co, raz się żyje 😉

Na czas pobytu w Glasgow znalazłam metę w oddalonym o jakieś 40 km Greenock. Samo miasto – gospodarz w terminie Igrzysk okazało się poza naszym zasięgiem cenowym. Tu nieocenionym okazał się serwis Airbnb, który pomógł mi wyszukać ciekawe oferty w okolicy. A Greenock, malowniczo położony nad Firth of Clyde, dzieli od Glasgow tylko 30 minut pociągiem. Mąż zaś zajął się wypożyczeniem kampera. Mieliśmy co do niego wysokie wymagania – wszak jechaliśmy z trojgiem dzieci, w tym niemowlęciem, więc ogrzewanie, ciepła woda, toaleta czy kuchenka musiała być!

z kontynentu na wyspy

Większość wakacji zleciała jak z bicza trzasnął, nadszedł dzień podróży. Lecieliśmy z Bydgoszczy do Glasgow – ta opcja okazała się najkorzystniejsza, ale parę godzin musieliśmy spędzić w aucie. Na szczęście pora była drzemkowa, więc Maja dzielnie przespała podróż na lotnisko. Wypakowaliśmy się i, zostawiwszy samochód na lotniskowym parkingu, ruszyliśmy do bramek. Ogromnym ułatwieniem okazało się nasze combo w postaci lekkiego wózka i wpinanego za pomocą adapterów fotelika.

Podróż minęła spokojnie – na tyle, na ile to możliwe z baraszkującym niemowlęciem na rękach, ale nawet udało się Pszczółkę jeszcze na chwilę uśpić. Start i lądowanie obowiązkowo przy cycu, dzięki temu była spokojniejsza i nie odczuwała tak mocno różnicy ciśnień.

No to fruuu…

Na lotnisku w Glasgow czekał na nas autobus do centrum, a stamtąd – pociąg do Greenock. W użyciu było praktycznie wszystko: wózek, fotelik, chusta… Trochę zaskoczyła nas sytuacja na stacji docelowej Greenock West, która okazała się… totalnie niedostępna dla wózka i reszty bagaży oczywiście. Trzeba było to wszystko wnosić po stromych i wysokich schodach. Po drodze popsuły nam się jeszcze kółka w największej walizce…

No ale w końcu udało się pokonać te niedogodności i dotarliśmy na miejsce noclegu.

Glasgow, Greenock i okolice

W Greenock mieliśmy do dyspozycji całe mieszkanie, wygodnie urządzone, dwupokojowe z kuchnią i łazienką. I w zasadzie wszystko byłoby super, gdyby nie to, że jakoś nie pomyślałam, gdzie położymy Pszczółkę… ostatecznie przystawiliśmy do łóżka spory fotel i układaliśmy ją na nim w poprzek, jednak nie było to najbardziej komfortowe rozwiązanie, więc dzidzia w połowie nocy i tak lądowała u nas.

Przez te parę dni pobytu zwiedziliśmy trochę Glasgow i Greenock (oprócz feralnej stacji Greenock West w zasadzie nie mieliśmy problemów z wózkiem). Pod kątem dostępności i przewijaków polecić mogę w szczególności Kelvingrove Art Gallery – muzeum, które zostało założone jako pierwsze w całej Szkocji, mogące się poszczycić bogatymi i niezwykle różnorodnymi zbiorami.Pokibicowaliśmy naszym kolarzom, zebraliśmy z trasy pamiątkowy bidon…

Greenock, czyli po postu “Green Oak” – zielony dąb, symboliczna rzeźba w centrum miasteczka

Wybraliśmy się też na pieszą wycieczkę do Clyde Muirshiel Regional Park. Jest to gigantyczna, zielona przestrzeń, poprzecinana jeziorami, gdzie na łagodnych wzgórzach spotkać można nieprzebrane stada owiec… Słowem, typowy klimat środkowej Szkocji. Podczas spaceru nieodzowna okazała się chusta, bo niektóre ścieżki byłyby niemożliwe do pokonania z lekkim wózkiem.

Wszechobecne owce 🙂

Jednego dnia pojechaliśmy autobusem do Kelburn Castle and Estate, zachęceni możliwością obejrzenia jednego z Prawdziwych Szkockich Zamków. Cóż, Prawdziwy Szkocki Zamek okazał się nieco eklektyczną budowlą pokrytą graffiti, którego główną atrakcją były tematyczne spacery z przewodnikiem po parku. Tematyczne – znaczy się z elementami bajkowej gry terenowej, głównie dla dzieci ok. 4-7 lat. A że na dodatek zaczęło lać, zdecydowaliśmy się na szybką przekąskę w barze i uciekliśmy stamtąd jak tylko się dało. Niedosyt wrażeń wyrównał nam na szczęście piękny spacer nad Firth of Clyde i… pyszne lody :))

Ławeczki nad samą zatoką

A już następnego dnia mieliśmy odebrać kampera i wyruszyć na północ…

(c.d.n.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *