Nasza Wielka Szkocka Przygoda #2

(Prawie) North Coast 500

I w końcu przyszedł dzień, kiedy mieliśmy wyruszyć na północ. Nie ukrywam, że stres zżerał mnie od samego ranka… jak to będzie z maleńkim dzieckiem, przez 9 dni, w obcym kraju, bez rezerwacji noclegów, przy niepewnej, szkockiej pogodzie?…

Założyliśmy sobie ambitnie, że przejdziemy większość trasy zwanej North Coast 500, prowadzącej wzdłuż całego wybrzeża północnej Szkocji. I nie powiem, większość naszych planów udało się zrealizować, choć nie obyło się oczywiście bez mniejszych i większych usterek… Ostatecznie przejechaliśmy jakieś 1200 km, co w przybliżeniu oddaje poniższa mapka:

Jako że każdy dzień wypełniony był niesamowitymi wrażeniami, nie będę opisywała każdego etapu podróży, tylko skupię się na tym, co – w mojej ocenie warto, a czego nie warto zrobić/zobaczyć na szkockiej północy.

Warto – czyli szkockie must see/must do

1. Zatrzymać się nad Loch Lomond

To gigantyczne jezioro jest popularnym celem dłuższych i krótszych wycieczek. Z Glasgow kursuje tu normalny, miejski autobus! Przy dobrej pogodzie można objechać całość na rowerze, albo wykupić rejs wycieczkowym stateczkiem. Z powodu ograniczonych zasobów czasowych, nam musiał wystarczyć krótki postój… i przypadkowo uchwycona tęcza!

Tęcza nad Loch Lomond…

2. Zanocować nad Glen Coe

Chociaż miejsce to związane jest z tragiczną kartą szkockiej historii – pod koniec XVII wieku z rąk angielskich żołnierzy zginęło tu kilkudziesięciu mieszkańców (w tym kobiet i dzieci) – nie sposób nie docenić uroku przepięknej doliny, której strome zbocza schodzą wprost do Loch Leven.

Ponieważ w Szkocji obowiązuje tzw. Wild Camping – czyli możliwość biwakowania “na dziko” – udało nam się znaleźć miejsce postojowe nad samą wodą, tuż za miejscowością Kinlochleven i tam spędzić noc. Zamglona dolina Glen Coe o poranku to widok, który na zawsze pozostaje w sercu…

Takie widoki to tylko Glen Coe!

3. Zobaczyć pociąg sunący po wiadukcie w Glenfinnan

Jako że wszyscy (z wyjątkiem Pszczółki, która nie ma jeszcze wyrobionego zdania) jesteśmy niekwestionowanymi fanami Harrego Pottera, na mapie naszej podróży nie mogło zabraknąć słynnego wiaduktu, po którym pędził Hogwart Express w jednej z filmowych części opowieści o młodym czarodzieju… A właściwie nawet w dwóch: “Czarze Ognia” i “Więźniu Azkabanu”. Co takiego magicznego jest w tym miejscu? No chyba po prostu specyfika północnoszkockich krajobrazów, gdzie niezmiennie wysokie wzgórza rozrywane są głębokimi dolinami, w których oczywiście zawsze jest jakieś “Loch”… Tak jest i tutaj. Tylko oprócz wzgórz, doliny i Loch Shiel, mamy jeszcze wyjątkowo wysoki, półkolisty wiadukt, na którym pociąg (parowy oczywiście!) wygląda mniej więcej jak dziecięca zabawka. Widok niesamowity, koniecznie tylko trzeba sprawdzić, o której godzinie pociąg opuszcza Fort William i być na tyle wcześnie, żeby znaleźć miejsce parkingowe, a następnie – już na piechotę – zająć dogodne miejsce obserwacyjne. Bo chętnych – zwłaszcza w lecie – nie brakuje 🙂

W Glenfinnan warto zejść nad sam brzeg jeziora, gdzie w stoi Glenfinnan Monument, upamiętniający tych, którzy walczyli w ostatnim powstaniu Jakobitów w 1745 roku. Miejsce to gwarantuje również niezapomniany widok na Loch Shiel. Za to na niewielkim wzgórzu powyżej jeziora stoi kościół St Mary and St Finnan – trafiliśmy tam całkiem przypadkiem, bo tylko w tym miejscu można było zaparkować 😉 A warto zwrócić uwagę na tą dziewiętnastowieczną, katolicką świątynię, która choć nie jest ani specjalnie stara, ani monumentalna, jednak idealnie wpisuje się w całą tą urokliwą okolicę.

Glenfinnan Monument w najpiękniejszych okolicznościach przyrody 🙂

4. Przejechać malowniczą Road to the Isles

Wspomniany Glenfinnan to tylko jedna z atrakcji “Drogi na Wyspy”, ciągnącej się od Fort William do portu w Mallaig. Warto uważnie obserwować okolicę, ponieważ moim skromnym zdaniem w tym właśnie leży kwintesencja szkockiej północy: wzgórza, woda, wyspy. Jest to piękny, surowy, zahartowany zimnem i wiatrem teren, który wiele mówi na temat charakteru żyjącej tu ludności.

Widok z portu w Mallaig na wyspy

4. Wspiąć się na Old Man of Storr

Będąc w Mallaig nie sposób oprzeć się podróży na jedną z wysp. Wybraliśmy tą najłatwiej dostępną, z której bez problemu mogliśmy kontynuować naszą podróż na północ – Skye. Już rejs promem okazał się wspaniałym przeżyciem, a sama Skye – piękna, choć chyba jeszcze bardziej surowa i niedostępna, niż lądowa Szkocja.

Ponieważ czas gonił, a chcieliśmy choć przez chwilę poczuć klimat tego miejsca, po noclegu na campingu wybraliśmy się na króciutki trekking na Old Man of Storr. Jest to niezwykła formacja skalna na grzbiecie Storr, tuż przy wschodnim wybrzeżu Skye, nieopodal miejscowości Portree. Raptem 1,5 godzinny spacer pozwala osiągnąć punkt widokowy – a miejscowy krajobraz uważany jest z ja jeden z najpiękniejszych na świecie!

Schodząc z Man of Storr…

5. Odwiedzić toaletę przy stacji benzynowej w Kinlochewe

Ze Skye z powrotem na ląd można się dostać mostem Skye Bridge, który sam w sobie stanowi atrakcję turystyczną. Ponieważ Pszczółka spała, postanowiliśmy nie robić postoju i zatrzymaliśmy się dopiero w Kinlochewe. Nie wiem czemu, ale ja byłam oczarowana tą malutką, przytulną miejscowością wśród wzgórz, gdzie czas jakby się zatrzymał… ale wszystko jest, co trzeba: szkoła, poczta, kościół, stacja benzynowa… No właśnie. Stacja jak stacja, sklepik ze słodyczami i pamiątkami, no i toaleta. T O A L E T A. Urządzona tak pięknie, w pastelowych kolorach, delikatnie udekorowana, pachnąca… aż się nie chciało z niej wychodzić 😉

Nasza karoca, nasz mobilny dom 😉

6. Zjeść rybkę w Ullapool

Nasza podróż na północ nie mogła ominąć Ullapool. Co prawda pogoda się wtedy wyjątkowo zepsuła, ale nie przeszkodziło nam to wybrać się na spacer w poszukiwaniu obiadu. A ponieważ Ullapool znane jest z rybołówstwa (miasteczko zostało założone w XVIII wieku przez Brytyjskie Stowarzyszenie Rybaków), koniecznie musiała być to rybka. I choć wybraliśmy klasyczny street food pod hasłem fish and chips, to była to chyba najlepsza potrawa rybna, jaką jadłam w życiu!

Młodzież się zbuntowała i wybrała pizzę – cóż, ich strata 😉 W Ullapool oczarowały nas kamieniczki przy samym porcie… no i Tesco, gdzie za jakieś grosze mogłam kupić najstarszej latorośli fajną książkę 😉

N a j l e p s z a rybka świata!

7. Wejść do Jaskini Smoo i spojrzeć na otwarte morze

A więc w końcu udało się osiągnąć północne wybrzeże. Pierwsza miejscowość, do której dotarliśmy, to Durness. Jednak zatrzymaliśmy się parę kilometrów dalej, gdzie znaki informowały o lokalnej atrakcji turystycznej – Smoo Cave. Miejscu, gdzie rzeka przez miliony lat żłobiła wąwóz w głębokim klifie, a przeciskając się przez twardą skałę pozostawiła po sobie przepiękne rzeźby…

Do jaskini Smoo prowadzą dwie ścieżki – jedna przez wysoko zawieszony most – spojrzenie w dół gwarantuje zawrót głowy, ale też wspaniały widok – zaś druga trawersem zbocza. Jaskinia sama w sobie jest rzeczywiście perełką, ale chyba jeszcze bardziej niesamowity jest spacer ujściem rzeki w stronę morza – przeskakując między ciekami wody, dojść można niemal do momentu, w którym słodka woda łączy się z Atlantykiem. Ale nie dość nam było tego – po wejściu z powrotem na klif, poszliśmy jego krawędzią aż do urwiska, nad samą morską topielą. Huk i szum fal rozbijających się o skały to dźwięk, który trudno zapomnieć…

Smoo Cave i jej tajemnice…

8. Zwiedzić Zamek Dunrobin i jego piękne ogrody

Dość szybko uciekliśmy z północnego wybrzeża. Dlaczego? O tym będę pisać w drugiej części tej historii. Ale faktem jest, że już następnego dnia minęliśmy Thurso i podążyliśmy na południe.

Zatrzymaliśmy się na obiad w miejscowości Brora, tym razem po wschodniej stronie Szkocji, gdzie zielone wzgórza łagodnie schodzą do morza. Piękny widok urozmaicony był wszędobylskimi… plackami 🙂 Owiec i krów tam nie brakowało, choć – jak się okazało – był to teren klubu golfowego!

Krótki spacer nad wschodnim wybrzeżem 🙂

No ale miało być o zamku. No bo przecież Szkocja słynie z zamków, a my do tej pory widzieliśmy tylko jakąś eklektyczną podróbkę… Padło więc na Dunrobin, dosłownie kilka kilometrów od miejsca naszego obiadowania. I muszę powiedzieć, że był to strzał w “10”! Chociaż za wejście dla Naszej Piątki zapłaciliśmy jakieś 30 funtów (jak się miało okazać, większość atrakcji w Szkocji ma podobną cenę, zawsze wychodziło nam mniej więcej 30 funtów), to nie żałuję ani jednego pensa.

Większość budynków i ogród pochodzą co prawda z XIX stulecia, ale nie zmienia to faktu, że zamek wywodzi się ze średniowiecza. I roztacza taką właśnie dostojną, tajemniczą aurę… Jego wyposażenie przywodzi na myśl, jakby ktoś z jego mieszkańców w pośpiechu wybrał się na polowanie, zostawiając pościelone łózko, ubrania, zastawiony stół, ogień w kominku… Wrażenie jest niesamowite. Nie muzeum, lecz czyjaś rezydencja, miejsce, gdzie bawiły się dzieci, ludzie kochali się, nienawidzili, rodzili i umierali. A ogród… Jeden z najpiękniejszych, jakie zdarzyło mi się oglądać, z bogactwem kwiatów, krzewów i drzew, a także z ostoją ptaków drapieżnych, nad którymi sprawuje pieczę… prawdziwy sokolnik! O określonych porach można zobaczyć wylot i powrót ptaków, ich karmienie, a także poczuć tę niezwykłą więź łączącą człowieka i dzikie zwierzę. Sokolnik chętnie wdaje się w rozmowę, można usłyszeć od niego wiele ciekawostek na temat jego nietuzinkowej pracy.

Zamek Dunrobin czyli absolutne szkockie must see!

9. Posłuchać zbrojmistrza w Urquhart Castle

Jak już nabraliśmy chętki na zamki, to trudno się było nasycić 😉 Tym razem stanęło na prawdziwym średniowieczu – postanowiliśmy zwiedzić Urquhart Castle, niegdyś najpotężniejszy zamek w Szkocji, malowniczo położony nad słynnym jeziorem Loch Ness. Chociaż z samego zamku ostała się wieża, mury i nieco ruin, to i tak robi niesamowite wrażenie, a widok na Loch Ness jest stąd najpiękniejszy. Jedyne, do czego można by się przyczepić, to tłumy… Nie tylko my wpadliśmy na genialny pomysł spędzenia pogodnego, sierpniowego dnia nad najsłynniejszym jeziorem w Szkocji.

Ale z drugiej strony dzięki temu, że był to szczyt sezonu turystycznego, nie zabrakło specjalnych atrakcji. Jedną z nich był szkocki zbrojmistrz, ubrany w średniowieczny strój, prezentujący zebranej gawiedzi przeróżne rodzaje broni stosowanej niegdyś przez rycerzy stacjonujących na zamku – i tych, którzy próbowali zdobyć tę twierdzę. To, co zapamiętałam do dziś, to fakt obowiązywania ponoć do dziś angielskiego przepisu prawa zakazującego “polowania na Szkotów” – w niedzielne popołudnie, no bo przecież w dzień święty nie wypada 😉

Średniowieczna perełka w otoczeniu Loch Ness

10. Wybrać się na rower w Caingorms

Zostawiwszy już na dobre najdziksze rejony Szkocji za sobą, uparcie zmierzaliśmy na południe. Choć czas nas gonił, uznaliśmy, że nie możemy sobie odpuścić gór Caingorms, zwłaszcza, że Pan Mąż nastawił się bardzo na wypróbowanie tamtejszych tras rowerowych 😉 I rzeczywiście, po kilkugodzinnej podróży znaleźliśmy się w Aviemore, rzec można – “stolicy” Caingorms. Nie przewidzieliśmy jednak, że Szkoci – w dużej mierze katolicy – podobnie jak my zaczynają właśnie długi sierpniowy weekend, więc wszystkie okoliczne campingi były zajęte, a nocowanie “na dziko” tym razem nie wchodziło w grę.

Po pewnym czasie udało nam się znaleźć świeżo wybudowany camping na wlocie do miejscowości i z pewnym opóźnieniem wybraliśmy się na wycieczkę. My z Pszczółką w chuście, Mąż na rowerze… Cóż, w takich okolicznościach wiadomo było, że dużo nie uda nam się zobaczyć, ale jak tylko minęliśmy wysypisko gruzu (ech, że też zawsze takie koszmarki muszą zaburzać krajobraz…), ukazały nam się widoki łagodnych wzgórz, a w dalszej perspektywie – wyższych szczytów Caingorms.

Jednak tego dnia to Mąż był wygrany, bo rower pozwolił mu wjechać nad górskie jeziorko, z którego miał przepiękną panoramę całego pasma górskiego. Tak więc jeśli w Caingorms, to tylko na rowerze 😉

Rowerkiem nad jeziorkiem 😉

11. Karmić zwierzęta w Auchingarrich Wildlife Centre

Ponieważ następnego dnia nasza najstarsza pociecha miała się zestarzeć o kolejny rok, postanowiliśmy jakoś to uczcić. Był to ostatni nasz dzień pobytu w Szkocji, więc musieliśmy szukać atrakcji po drodze do Glasgow. Ale że głupi ma zawsze szczęście, to sunąc palcem po mapie (tej Googlowej oczywiście) natrafiłam na małą wioseczkę Auchingarrich, a w niej Wildlife Centre. Okazało się, że nie mogliśmy trafić lepiej.

Tym razem pogoda była w kratkę, więc na parkingu przed centrum nie było specjalnych tłumów. Do niemal każdego z kilkuset zwierząt można było podejść, a nawet nakarmić je specjalnie przygotowaną przez gospodarzy paszą. W jednym z budynków mieściła się wylęgarnia, gdzie zobaczyliśmy maleńkie króliczki, kaczuszki, pisklęta… obowiązkowo oczywiście po takiej zabawie trzeba było umyć ręce. To, co na mnie osobiście zrobiło największe wrażenie, to specjalny gatunek owcy, której futro naturalnie wybarwia się w takie kolory, jakie zobaczyć można na szkockim kilcie. No i widoki na łagodne, szkockie wzgórza, z którymi mieliśmy się niebawem pożegnać…

Strefa rekreacji przy Auchingarrich Wildlife Center, a w oddali góry…

Nie warto lub niekoniecznie, czyli łyżka dziegciu, żeby nie było tak słodko i różowo…

1. Wjechać kolejką gondolową w Nevis Range…

…no chyba że po to, żeby potem zjechać na rowerze 😉 Kosztuje to krocie (tak, dokładnie 30 funtów za naszą piątkę…), widoki co prawda zacne, ale mi się jakoś bardziej podoba panorama szczytów z poziomu jeziora, niż jednego ze wzgórz. No ale Pan Mąż się uparł, że jedzie na rower, a ja nie miałam ochoty tuptać z dzieciakami przez kilka godzin po Fort William. Więc wjechaliśmy.

No dobrze, może aż tak nie żałuję. Ale miałabym lepszy pomysł na wydanie tej kwoty… Przyznać jednak trzeba, że banan na twarzy Pana Męża przez resztę dnia – bezcenny 😉 Tutejsze trasy zjazdowe należą chyba do jednych z najbardziej widokowych w Wielkiej Brytanii!

Widok z  górnej stacji kolejki Nevis Range

2. Nocować przy trasie szybkiego ruchu…

… choć można przypadkiem uratować mewę. To właśnie zdarzyło się nam po wizycie w Smoo Cave, kiedy szukając miejsca na nocleg zdecydowaliśmy się zaparkować w zatoczce przy samej drodze. Nie polecam: hałas, spaliny, świata rozjaśniające noc… Ale wieczorem wybraliśmy się z Mężem i Pszczółką nad morze, wyśledziwszy niewielką ścieżynkę w gęstych zaroślach.

Zatoczka pod urwistym zboczem była całkiem zaciszna, ale podziwianie widoków wieczornego morza szybko nam uleciało, kiedy zobaczyliśmy spacerującą nad brzegiem mewę. Co nas zaskoczyło, to to, że zamiast uciec przed nadchodzącą falą, ptak pozwolił się zmyć do wody. I tak ze trzy razy, zanim dotarło do nas, że mewa nie może odfrunąć. Nie myśląc zbyt wiele – wszak miałam dziecko w chuście i gołe ręce – pobiegłam do wody, złapałam mewę i wtedy zobaczyłam, że jej łapki zaplątane były w plastikową siateczkę. Na szczęście ptak nie wyrywał się, był spokojny i dał sobie zdjąć te straszne sidła. Trochę to jednak trwało…

Ponieważ ewidentnie szykował się przypływ, zanieśliśmy mewę nieco wyżej nad brzeg i ukryliśmy w zaroślach, żeby spokojnie doszła do siebie i nie została natychmiast rozszarpana przez jakiegoś drapieżnika. Czy udało jej się przeżyć noc – tego nie wiemy. Mamy nadzieję, że tak…

Biedna mewa…

3. Jechać uparcie wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża

Dlaczego tak szybko opuściliśmy północ i zjechaliśmy na wschodnie wybrzeże? Odpowiedź jest prosta: bo nie za bardzo było tam co oglądać. Przepiękne wzgórza, urwiska, majestatyczne skały, to domena północnego-zachodu Szkocji. Na wschodzie więcej zieleni i łagodnych wzgórz. Natomiast na północy, oprócz ciągnącego się nadmorskiego urwiska i nieczynnego już ośrodka badań jądrowych nieopodal Thurso, nie znaleźliśmy dla siebie nic ciekawego.

Dlatego jeśli mielibyśmy kiedyś do Szkocji wrócić, to po odwiedzeniu Smoo Cave (nadal uważam, że to absolutne must see) odbijemy w Tongue (cóż za urocza nazwa!) na południe, być może nad Loch Shin, bo tego ogromnego jeziora nie dane nam było zobaczyć.

4. Nocować “na dziko” pod Glasgow

Nie ma chyba nic gorszego niż mieszanina pośpiechu, zmęczenia, świadomości końca ekscytującego wyjazdu i płaczącego niemowlęcia… No i braku wyobraźni. No bo dlaczego wydawało nam się, że na przedmieściach Glasgow bez problemu znajdziemy miejsce do nocowania “na dziko”?… Poszukiwania trwały długo, prowadziły nas po drogach i bezdrożach, kosztowały masę nerwów… A wystarczyłoby pewnie spytać wcześniej Wujka Google…

Ostatecznie udało nam się znaleźć wjazd do jakiejś opuszczonej posesji. Na szczęście nikt nie wezwał policji ani nie poszczuł nas psem, ale mogło być różnie, prawda?….

Na co zwrócić uwagę z kwestii technicznych?

1. Sprawna łazienka w kamperze

Miał być luksusowy, nowy, niezawodny. Cóż… Złośliwość rzeczy martwych znana jest z tego, że pokazuje swoje oblicze w najbardziej zaskakujących momentach. Jako pierwsze wysiadło ogrzewanie wody pod prysznicem co powodowało, że myć się mogliśmy tylko w misce, albo na campingach. Potem wysiadła spłuczka w wc… Ok, daliśmy radę. Ale na przyszłość wiemy, że musimy jeszcze większą wagę przywiązywać do sprawności technicznej wypożyczanego sprzętu.

2. Siedzenia dla pasażerów

No niestety, kamper to nie limuzyna. Choć przednie dwa siedzenia są bardzo wygodne, to nie można tego powiedzieć o siedzeniach z tyłu – a mieliśmy takich sześć: dwa podwójne i dwa pojedyncze, przy stolikach. Pszczółka oczywiście siedziała w foteliku tyłem do kierunku jazdy, ja obok niej, natomiast starsze dzieci zmieniały się między siedzeniem pasażera a jednym z siedzeń z tyłu. I widziałam, że za każdym razem ta zmiana powodowała u nich dyskomfort. Może dobrze, że ja nawet nie próbowałam siedzieć z przodu, nie wiem, co straciłam 😉

Druga funkcjonalność siedzeń przy stolikach, czyli spanie, to kompletna porażka. Początkowo sądziłam, że układ: duże łóżko plus małe łóżeczko (na złożonych siedzeniach i stolikach) to strzał w “10”, dopóki nie okazało się, że po pierwsze – strasznie tam niewygodnie, a po drugie – zimno… Bo choć ogrzewanie chodziło dobrze, to zimne szkockie noce dawały się we znaki. A w częściach sypialnych kampera, do których należały łóżko piętrowe w tyle i ogromny materac nad kabiną kierowcy, zamontowane były zasłonki, które zatrzymywały ciepło wewnątrz pomieszczeń. Więc od następnej nocy spaliśmy już wyłącznie w dedykowanych sypialniach 🙂

3. Planowanie trasy (uwaga na przeładowanie kilometrażu/programu zwiedzania!)

To jest prawdziwa zmora: jak uzyskać równowagę pomiędzy tym, ile się chce zobaczyć, a czasem, którym się dysponuje? Wydawało się, że planowanie średnio 2-3 godzin podróży dziennie będzie w sam raz. Jednak często żal było, że nie ma jeszcze 1-2 dni, żeby w jakimś miejscu pobyć dłużej. Zostać na kolejną noc. Zobaczyć, jak słońce wstaje i zachodzi nad tym samym, pięknym jeziorem. Nasza wyprawa, choć absolutnie wspaniała, to jednak była ciągła gonitwa i myślenie, czy wyrobimy się z czasem. Następnym razem – połowę tej trasy, albo cztery tygodnie poproszę 😉

I jeszcze raz karoca. Na tle typowych szkockich wzniesień i typowej szkockiej mgły 😉

… A co na to wszystko Tobołek? Ano jak to Tobołek, pozwolił się wozić przez te 9 dni po drogach i bezdrożach, karmiony mlekiem mamy nie musiał się martwić o sensacje żołądkowe 😉 Oczywiście tak całkiem lekko nie było, nie powiem, czasem Pszczółka popłakiwała, a że pogoda bywała kapryśna, nieraz trzeba było znosić humory niemowlaka na kilku metrach kwadratowych… Jednak jak tylko deszcz ustawał, wystarczyło wyjść z kampera i Pszczółka od razu się rozchmurzała. Chusta oczywiście grana była na każdej wycieczce, wózek wyjęliśmy może 2-3 razy…

Wyjazd do Szkocji to był ze wszech miar chrzest bojowy. Dla Pszczółki, bo nigdy wcześniej nie leciała samolotem i nie podróżowała tyle godzin jakimkolwiek środkiem transportu. Dla Męża, który musiał się odnaleźć za kierownicą po prawej stronie kampera, jak również w prowadzeniu pojazdu wielkości autobusu. Dla nas wszystkich, zamkniętych na niewielkiej przestrzeni, w niepewnej, szkockiej pogodzie, w miejscu, gdzie jeszcze nigdy nas nie było. Czy zdaliśmy egzamin? Jak najbardziej! Wystawiłabym Naszej Piąteczce ocenę celującą. No może z małym minusem za niepotrzebne czasem nerwy. Ale w końcu jesteśmy tylko ludźmi. A tyle wrażeń i wspomnień, ile wynieśliśmy z tej podróży, wystarczyłoby pewnie na obsłużenie nie dwóch tygodni, lecz dwóch miesięcy wakacji 😉

2 thoughts on “Nasza Wielka Szkocka Przygoda #2

  1. WM says:

    Ale bajkowy opis – przez chwilę myślami byłam razem z Wami na tych pięknych, majestatycznych wzgórzach Szkocji. Zmiana klimatu każdemu dobrze zrobi ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *