Tobołek w zbiorkomie i nie tylko, czyli nieobiektywny przewodnik po środkach transportu

Podróże – te małe i duże – nie byłyby możliwe, gdyby kiedyś jakiś mądrala nie wpadł na pomysł wynalezienia koła. A potem wozu. Roweru. Parowozu. Samochodu. Samolotu… A że z Tobołkiem podróżujemy (jak już się pewnie domyśliliście) całkiem często, to nieraz stajemy przed dylematem, w jaki sposób się przemieścić, by było to możliwie szybkie, ekonomiczne, a nade wszystko… przyjazne dla naszego maleństwa.

cztery kółka a tam… Pszczółka 😉

Samochód wydaje się najbardziej naturalnym wyborem, zwłaszcza jeśli do pokonania jest duża odległość, a do zabrania sporo bagażu. Ponieważ jednak Tobołek w foteliku samochodowym przestaje być grzecznym tobołkiem, a zaczyna się wiercić, płakać, przeszkadzać kierowcy i współpasażerom, musieliśmy się wziąć na sposób…

…I staramy się podróżować autem tylko wtedy, gdy mała śpi. W naszym przypadku najlepsze godziny to okołopołudniowa drzemka, czyli 11-14, lub późny wieczór, po 20:00. Tym sposobem kilkukrotnie udało się jechać nieprzerwanie przez 2-3 godziny, docierając do miejsca docelowego szybciej, niż moglibyśmy się spodziewać. System ten również staraliśmy się stosować w naszej podróży kamperem po Szkocji – i niestety za każdym razem, gdy próbowaliśmy zmieniać schemat pakując Pszczółkę do fotelika poza porami spania, kończyło się to syreną i niepotrzebnymi nerwami.

Oczywiście im Pszczółka starsza, tym drzemka krótsza, więc warto mieć to na uwadze.

No i oczywiście – kocham, zapinam. Zawsze i bez wyjątku!!!

jedzie pociąg z daleka!

Jednak czasami 2-3 godziny podróży to za mało, żeby dotrzeć na miejsce. Zwłaszcza, jeśli marzy się nam wyjazd w góry lub nad morze (nie ma cudów, ze stolicy obie destynacje to minimum 4-6 godzin drogi).Co wtedy? Ano już jak Tobołek miał kilka miesięcy zauważyliśmy, że dobrze znosi podróż pociągiem. Bo można ją wziąć na ręce, pokazać krajobraz za oknem, przejść się korytarzem. A jak już była starsza – wziąć na kolanka, pozwolić chodzić w skarpetkach po siedzeniach. malować na stoliku, zjeść coś dobrego w Warsie…

Od pewnego czasu, jak mamy do pokonania dłuższy dystans, staramy się kombinować podróż na zasadzie pociąg plus samochód. Najczęściej z Warszawy ja z Pszczółką i Starszym Bratem wybieramy poranne połączenie kolejowe do jakiegoś miejsca, które i tak jest po drodze (np. Kraków, Wrocław a nawet Ostróda – na trasie na Mierzeję Wiślaną), a koło południa dojeżdża do nas Pan Mąż ze Starszą Siostrą i zwierzakiem, oczywiście autem, ze wszystkimi bambetlami. Robimy postój na obiad, pakujemy się wszyscy do samochodu i jedziemy ostatnie 1,5-2 godziny w czasie pszczółkowej drzemki.

Na co warto zwrócić uwagę? No ja wychodzę z założenia, że najważniejszy jest komfort podróży. Więc staram się rezerwować bilety kolejowe z dużym wyprzedzeniem, a na trasach Warszawa – Kraków czy Warszawa – Wrocław wybierać Pendolino, w którym można dostać miejsce w przedziale rodzinnym. Przedział jest z założenia 4-osobowy, ale jak rezerwowałam dla naszej trójki, to zawsze mieliśmy jedno miejsce wolne 😉 Całkiem niezłe są też pociągi Pesa, w których miejsca dla osób z małymi dziećmi są w wagonie bezprzedziałowym, przy wygodnych stolikach. Ważne jest, żeby przy rezerwacji w systemie PKP Intercity zaznaczyć opcję “przedział dla osoby z dzieckiem do lat 6”. Co do pociągów regionalnych – nie mam pojęcia, jeszcze z Pszczółką nie podróżowałam.

Panie pilocie, dziura w samolocie!

Na szczęście podczas naszych podróży nigdy żadnej dziury nie było. Było za to bardzo dużo wrażeń… Ale po kolei.

Czasem samolot to jedyny sensowny środek transportu, choć muszę przyznać, że jako osoba mająca lęk przed lataniem, staram się wybierać go w ostateczności. No ale jak dostać się inaczej do Szkocji, nie będąc skazanym na wielodniową podróż?…

Z Pszczółką w przestworzach byliśmy już 4 razy: lot do Glasgow (tam i z powrotem) oraz do Memmingen (również w obie strony). I choć tu oczywiście nie mamy żadnego wpływu na godzinę podróży, to jednak za każdym razem udawało się nam trafić na porę, kiedy Pszczółka zasypiała. A może to atmosfera w samolocie tak ją usypiała, nie wiem…

Najbardziej newralgiczne momenty w podróży samolotem to oczywiście start i lądowanie, kiedy gwałtownie zmienia się wysokość (a co za tym idzie, również ciśnienie), a także trzeba obowiązkowo przypiąć się pasami, co wyklucza jakiekolwiek spacery czy dreptanie po siedzeniu. Wtedy warto mieć dla dziecka coś do picia, albo po prostu przystawić do piersi – dzięki temu różnica ciśnień nie jest tak odczuwalna, a maleństwo jest dużo spokojniejsze. W podróży do i ze Szkocji Pszczółka każdorazowo “odpadała” przy piersi i przesypiała lądowanie 😉

Zbiorkom miejski i podmiejski

A jak mamy do pokonania niewielki dystans, np. z jednego końca miasta na drugi, bądź do znajomych mieszkających pod Warszawą, staram się wybierać jeden ze środków transportu zbiorowego. Tu oczywiście najważniejsza jest godzina przejazdu – jeśli tylko mam na to jakikolwiek wpływ, z przyczyn oczywistych unikam podróżowania w godzinach szczytu. Najlepiej sprawdza nam się metro, tramwaj i SKM, w ostateczności autobus. Na szczęście w każdym rozkładzie jazdy jest informacja, czy kurs realizowany jest przez pojazd niskopodłogowy – do innego nawet nie próbuję się dostać 😉

niezbędnik w podróży

Niezależnie od środka transportu, od kiedy Tobołek już nam wyrósł i zaczyna się interesować otaczającym go światem, w podróży zawsze mam ze sobą:

  • 2 książeczki
  • kilka kolorowych kredek
  • notesik
  • 2-3 niewielkie zabawki (najlepiej takie, z którymi można coś jeszcze zrobić, np. ubrać/rozebrać/złożyć/rozłożyć)
  • kocyk do położenia na siedzeniu,  po którym chodzi Pszczółka, lub którym można ją przykryć, gdy zaśnie
  • pielucha tetrowa – nie wiem czemu, ale zawsze się przydaje 😉

O piciu, przekąskach, pieluchach, chusteczkach i ubraniu na zmianę nawet nie wspominam, bo bez tego w ogóle nie ruszam się z domu…

A jak Wy radzicie sobie w podróży z małymi dziećmi? Zachęcam do komentowania 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *